Szukaj w serwisie |
| Pamiętamy |
|
|
|
Sulejów Moje Miasto - Partner Medialny ogólnopolskiego konkursu Rozczytana Szkoła
Zarejestruj się teraz a otrzymasz 100 punktów ekstra
| Wpisany przez Kwartalnik Sulej | |||
| piątek, 16 października 2009 20:07 | |||
|
4 września minęła 70-rocznica bombardowania Sulejowa. Zginęło co najmniej 700 osób. Miasto poniosło ogromne straty materialne, gdyż zniszczeniu uległo ok. 70% - 80% budynków. Bombardowania dokonało 27 samolotów hitlerowskich w trzech eskadrach. Oto wspomnienia jednego z uczestników tego nalotu późniejszego generalmajora Oskara Dinorta. Opisuje on swój pobyt w Sulejowie w dwa tygodnie po bombardowaniu. 4 września minęła 70-rocznica bombardowania Sulejowa. Zginęło co najmniej 700 osób. Miasto poniosło ogromne straty materialne, gdyż zniszczeniu uległo ok. 70% - 80% budynków. Bombardowania dokonało 27 samolotów hitlerowskich w trzech eskadrach. Oto wspomnienia jednego z uczestników tego nalotu późniejszego generalmajora Oskara Dinorta. Opisuje on swój pobyt w Sulejowie w dwa tygodnie po bombardowaniu.
Oskar Dinort
Ur. 23.06.1901, Berlin
Zm. 27.05.1965, Kolonia
Ochotnik w Freikorps w 1919 r., służąc w Gardekavallerie Division w 1921 został chorążym. Awansowany do stopnia podporucznika w 1923 r. porucznika w 1928 r., i kapitana w 1934 roku. W 1939 r. został pierwszym dowódcą Stukageschwader 2. Odznaczony został Krzyżem Rycerskim (Ritterkreuz) Zakończył wojnę jako General Major.
”Piekielne ptaki” – wspomnienia majora Oskara Dinorta, dowódcy grupy szturmowej.
„…Następnego dnia był nakazany odpoczynek. Mamy zamiar pojechać do Sulejowa. Przed czternastoma dniami obrzuciliśmy razem z inną grupą samolotów „Stuka” miasteczko bombami. Było ono wówczas zajęte i bronione przez polskie oddziały elitarne, tak że nasza piechota stanęła tam w miejscu i nie mogła ruszyć naprzód. Nalot trwał wówczas zaledwie trzy minuty. Nasz tłumacz, podoficer, władający językiem polskim tak jak niemieckim, rozmawiał z mieszkańcami Sulejowa, którzy opowiedzieli mu o skutkach nalotu. „Było tak – opowiadali oni – jak gdyby niebo się rozwarło i ogień i żelazo sypały się na nas. Ziemia drżała pod naszymi nogami, domy chwiały się i zapadały z trzaskiem. Nie mogliśmy niczego dostrzec z powodu dymu i niczego usłyszeć prócz przeraźliwego dudnienia. Przyszło to raptownie jak plaga siódmego anioła i raptownie też się skończyło. Słyszeliśmy jeszcze tylko łomot rozpadających się murów i krzyki rannych, wybiegliśmy na ulicę i spojrzeliśmy ku niebu”.
Zobaczyli oni jak odlatywały nasze ciemne maszyny.
„Ptaki piekielne” – mówili.
Lecimy nad krajobrazem, który wydaje się nieruszony przez wojnę. Bydło pasie się na łąkach. Chmurki wędrują nad polami i lasami. W jeziorach odbija się niebo. Wsie, na które nadlatujemy są biedne i liczne z nich robią wrażenie opuszczonych. Ale żadna nie jest zniszczona i małe domki oddychają pokojem, jak gdyby chłopi w wolny wieczór. A potem jesteśmy w Sulejowie.
Nie, tego się nie da opisać, tzn. działania naszej broni, i nawet fotografie dają tylko słabe wyobrażenie o tym, co my ujrzeliśmy. Dom przy domu zniszczony aż do fundamentów, dachy pozrywane, półpiętra rozbite, ulice podziurawione przez metrowe leje. Dom przy domu leżą jak wystraszone zwierzęta. Pogięte przęsła, pościel, stoły zwisają z pustych otworów okiennych jak wyrwane wnętrzności. Wszędzie leży porozrzucany, rozbity sprzęt domowy, często rzeczy bezwartościowe, niemniej rzeczy, które były może kiedyś wielkim szczęściem małych ludzi.
Przechodzimy milcząco przez milczące miasto. Z mieszkańców nie widać prawie nikogo. Tylko czasami przebiega obok jakaś postać i znika jak spłoszone zwierzę, gdzieś między ruinami, skoro tylko się zbliżymy. Tylko kilka kobiet pozostaje pośrodku drogi i spogląda na nas z wyrazami nienawiści w twarzach, a jedna z nich wykrzykuje przeraźliwie złorzeczenia za nami.
Idziemy dalej. Na wschodnim krańcu miasta niemiecki oddział pionierów rozpoczął prace oczyszczające. Niekiedy wiatr przynosi do nas zgrzyt łopat i huk rozpadających się murów. Dudni to jak spadające grudy na trumnę. Wszystko, wszystko jest strzaskane! Jedynie most pozostaje cały, który łączy oba brzegi rzeki, a także mały kościół, który leży na wzniesieniu.
W domu na rynku widzimy starego człowieka. Jest on zajęty kleceniem oszalowania z desek na ruinach. Prawdopodobnie tymczasowego schronienia. Przystajemy i obserwujemy go. On nie przerywa sobie roboty. Zbliżamy się, a tłumacz pyta go z mego polecenia:” Czy możemy panu pomóc?”
On podnosi wzrok i potrząsa głową.
„Czy pan jest sam?” „ Tak” – mówi. „Czy pan nie posiada rodziny?” –
„Oni wszyscy nie żyją”.
Jego twarz jest całkiem nieruchoma, kiedy to mówi. Chciałbym bardzo wiedzieć, co w tej starej, siwej głowie chodzi. Czy on nas tak nienawidzi jak pozostali, którzy cenę swego losu znajdują u innych, ale nie u siebie samych. I czy tylko obawa ich powstrzymuje przed wykazaniem nam swojej nienawiści. Pozwalam przezornie zapytać się przez tłumacza: On mówi: to była nasza ulica. Tu zauważam, że ten stary człowiek nauczył się ze swojego losu, co dla mnie wynika z każdej wiary. Milczenie i posłuszeństwo i przytwierdzanie do życia. My natomiast, którzy jesteśmy żołnierzami i bojownikami, nie powinniśmy pozostawać przy ranach, które zadaliśmy, ponieważ naszym przeznaczeniem jest miecz!”.
oprac. Zdzisław Papiernik
------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------ Oskar Dinort Ur. 23.06.1901, Berlin Zm. 27.05.1965, Kolonia Ochotnik w Freikorps w 1919 r., służąc w Gardekavallerie Division w 1921 został chorążym. Awansowany do stopnia podporucznika w 1923 r. porucznika w 1928 r., i kapitana w 1934 roku. W 1939 r. został pierwszym dowódcą Stukageschwader 2. Odznaczony został Krzyżem Rycerskim (Ritterkreuz) Zakończył wojnę jako General Major. ”Piekielne ptaki” – wspomnienia majora Oskara Dinorta, dowódcy grupy szturmowej. „…Następnego dnia był nakazany odpoczynek. Mamy zamiar pojechać do Sulejowa. Przed czternastoma dniami obrzuciliśmy razem z inną grupą samolotów „Stuka” miasteczko bombami. Było ono wówczas zajęte i bronione przez polskie oddziały elitarne, tak że nasza piechota stanęła tam w miejscu i nie mogła ruszyć naprzód. Nalot trwał wówczas zaledwie trzy minuty. Nasz tłumacz, podoficer, władający językiem polskim tak jak niemieckim, rozmawiał z mieszkańcami Sulejowa, którzy opowiedzieli mu o skutkach nalotu. „Było tak – opowiadali oni – jak gdyby niebo się rozwarło i ogień i żelazo sypały się na nas. Ziemia drżała pod naszymi nogami, domy chwiały się i zapadały z trzaskiem. Nie mogliśmy niczego dostrzec z powodu dymu i niczego usłyszeć prócz przeraźliwego dudnienia. Przyszło to raptownie jak plaga siódmego anioła i raptownie też się skończyło. Słyszeliśmy jeszcze tylko łomot rozpadających się murów i krzyki rannych, wybiegliśmy na ulicę i spojrzeliśmy ku niebu”. Zobaczyli oni jak odlatywały nasze ciemne maszyny. „Ptaki piekielne” – mówili. Lecimy nad krajobrazem, który wydaje się nieruszony przez wojnę. Bydło pasie się na łąkach. Chmurki wędrują nad polami i lasami. W jeziorach odbija się niebo. Wsie, na które nadlatujemy są biedne i liczne z nich robią wrażenie opuszczonych. Ale żadna nie jest zniszczona i małe domki oddychają pokojem, jak gdyby chłopi w wolny wieczór. A potem jesteśmy w Sulejowie. Nie, tego się nie da opisać, tzn. działania naszej broni, i nawet fotografie dają tylko słabe wyobrażenie o tym, co my ujrzeliśmy. Dom przy domu zniszczony aż do fundamentów, dachy pozrywane, półpiętra rozbite, ulice podziurawione przez metrowe leje. Dom przy domu leżą jak wystraszone zwierzęta. Pogięte przęsła, pościel, stoły zwisają z pustych otworów okiennych jak wyrwane wnętrzności. Wszędzie leży porozrzucany, rozbity sprzęt domowy, często rzeczy bezwartościowe, niemniej rzeczy, które były może kiedyś wielkim szczęściem małych ludzi. Przechodzimy milcząco przez milczące miasto. Z mieszkańców nie widać prawie nikogo. Tylko czasami przebiega obok jakaś postać i znika jak spłoszone zwierzę, gdzieś między ruinami, skoro tylko się zbliżymy. Tylko kilka kobiet pozostaje pośrodku drogi i spogląda na nas z wyrazami nienawiści w twarzach, a jedna z nich wykrzykuje przeraźliwie złorzeczenia za nami. Idziemy dalej. Na wschodnim krańcu miasta niemiecki oddział pionierów rozpoczął prace oczyszczające. Niekiedy wiatr przynosi do nas zgrzyt łopat i huk rozpadających się murów. Dudni to jak spadające grudy na trumnę. Wszystko, wszystko jest strzaskane! Jedynie most pozostaje cały, który łączy oba brzegi rzeki, a także mały kościół, który leży na wzniesieniu. W domu na rynku widzimy starego człowieka. Jest on zajęty kleceniem oszalowania z desek na ruinach. Prawdopodobnie tymczasowego schronienia. Przystajemy i obserwujemy go. On nie przerywa sobie roboty. Zbliżamy się, a tłumacz pyta go z mego polecenia:” Czy możemy panu pomóc?” On podnosi wzrok i potrząsa głową. „Czy pan jest sam?” „ Tak” – mówi. „Czy pan nie posiada rodziny?” – „Oni wszyscy nie żyją”. Jego twarz jest całkiem nieruchoma, kiedy to mówi. Chciałbym bardzo wiedzieć, co w tej starej, siwej głowie chodzi. Czy on nas tak nienawidzi jak pozostali, którzy cenę swego losu znajdują u innych, ale nie u siebie samych. I czy tylko obawa ich powstrzymuje przed wykazaniem nam swojej nienawiści. Pozwalam przezornie zapytać się przez tłumacza: On mówi: to była nasza ulica. Tu zauważam, że ten stary człowiek nauczył się ze swojego losu, co dla mnie wynika z każdej wiary. Milczenie i posłuszeństwo i przytwierdzanie do życia. My natomiast, którzy jesteśmy żołnierzami i bojownikami, nie powinniśmy pozostawać przy ranach, które zadaliśmy, ponieważ naszym przeznaczeniem jest miecz!”. oprac. Zdzisław Papiernik
Dodaj do ulubionych
Zakładki
Wyślij mailem
Odsłon: 155 Komentarze (0)
![]() Napisz komentarz
|
| Podobne artykuły: |
|---|
|







Ładowanie ankiety...